Jak wygląda wyjazd z psem w góry? Ile może przejść pies miejski? Ile odpoczynków powinien mieć pies idący pod górkę i kto się męczy bardziej pies czy człowiek?

Piątek zaczął się na spokojnie. Wiedzieliśmy, że trasa zajmie nam ok 5 godzin plus ewentualne przerwy a zameldować mogliśmy się od 16:00 więc… po co się spieszyć? Wstaliśmy więc standardowo około 7:00 XD.

Cóż zrobić, kiedy człowiek budzi się wcześnie rano codziennie ciężko żeby nagle zadziało się inaczej. Około 8:00 pies był na spacerze z mężem a ja w tym czasie spakowałam psi plecak z niezbędnymi rzeczami (listę znajdziecie w poprzednim >>artykule<<). Póki Loki nie widzi pakowania, mamy spokój. Zdążyłam spakować również “łazienkę”. I zabrać się za śniadanie.

Po śniadaniu i dopakowaniu ubrań zebraliśmy się tak, że ruszyliśmy około 10:00. W drodze zrobiliśmy sobie dwa przystanki w tym jeden dłuższy, gdzie skorzystaliśmy z fajnego terenu za stacją benzynową by Loki mógł rozprostować kości i pobiegać luzem. Okazało się, że dla niego tu już jest wystarczająca frajda i gdybyśmy pobyli tam godzinkę to pewnie moglibyśmy zawracać do domu 😉 byłby szczęśliwy, że sobie pobiegał.

Uznaliśmy, że jednak chcemy zobaczyć te góry. Jakby nie patrzeć jechaliśmy z psem ale to mąż nie widział nigdy w życiu polskich gór. Była więc to misja wagi państwowej. Dwójka z naszej trójki miała do skreślenia Sudety ze swojej listy “rzeczy do zobaczenia”.

Jak wspominałam, nie mamy super maty na tylną kanapę dla psa. Wszystkie szły w drobny mak pod jego pazurami. Najlepiej sprawują się prześcieradła. To na dzisiejszą wyprawę i kilka kolejnych ma piękne liściaste wzory. Miało służyć nam, ludziom. Jak to bywa przy internetowych zakupach 100% bawełna okazała się być czymś strasznie nieprzepuszczającym powietrza i klejącym się do skóry. Nie wyrzuciłam, przydało się teraz.

Chwilę przed 16:00 dojechaliśmy na miejsce. Na noclegownie wybraliśmy 20m2 pokoju w apartamencie w Karpaczu, który mieścił się 1,5 km od szlaków turystycznych. Mieliśmy własną łazienkę, aneks kuchenny, tapczan, tv i śniadania przynoszone pod drzwi (bo koronawirus) więc idealnie. I tak nie planowaliśmy być długo w pokoju. Za psa zapłaciliśmy 20 pln za cały pobyt- super tanio!

Jako, że mam zakodowane nie chodzić po górach po zmroku a do zachodu mieliśmy tylko kilka godzin postanowiliśmy zrobić rozeznanie. Pies został w pokoju, żeby się uspokoił. Poziom ekscytacji sięgał zenitu i nie byłby w stanie spokojnie zwiedzać z nami miasta. Prędzej spacer zmieniłby się w musztrowanie psa i wyrywanie sobie ręki z barku… słabo. Pierwsze kilka kilometrów to wycieczka moja i męża po centrum Karpacza. Później wróciliśmy po Lokiego i poszliśmy poszukać Dzikich Wodospadów. Na wejściu okazało się, że do Parku, który zaczyna się za wodospadami, powinniśmy wejść w kagańcu. Został w hotelu więc uznaliśmy, że na dziś wystarczy.

Następnego dnia ruszyliśmy po 10:00, dzień był piękny, słoneczny i ciepły. Kilka pierwszych kilometrów zrobiliśmy w kagańcu, ściągając go na przystankach kiedy trzeba było dać Lokiemu wody. Oczywiście jak większość psów również nasz nie przepada za klatką na mordce więc od czasu do czasu intencjonalnie rył nią o krzaki co poskutkowało złapaniem kleszcza. Na szczęście łaził po mordce w widocznym miejscu i nie mając nic pod ręką pozbyłam się go pstryknięciem. Możliwe, że pomogła szybka reakcja albo obroża… albo jedno i drugie. Chwilę potem kiedy mijał nas kolejny i kolejny psiarz z pupilem bez kagańca (dosłownie byliśmy JEDYNI) zaczęliśmy się zastanawiać czy jest sens się męczyć. Z kagańca zrezygnowaliśmy zupełnie na widok auta straży parku na polanie obok którego (strażnicy byli poza autem) przechodzili turyści z psami puszczonymi luzem… zero smyczy, zero kagańca. 

Od tej pory Loki szedł szczęśliwy bez kagańca, na smyczy. 

Pod górę szliśmy szlakiem żółtym aż do Strzechy Akademickiej. Szczerze… po 8 tygodniach siedzenia na tyłku moja kondycja jest na minusie. Lokiego też. Mój mąż jeszcze by tam dał radę przejść trasę tak jak google nakazuje w niespełna 3 godziny. Ze mną i Lokim wyszło niespełna 4 godziny. Mieliśmy 4-5 przystanków pod górkę… Po drodze poznaliśmy Kaśkę i jej ekipę 😉 Loki od razu polubił nową koleżankę. Po drodze na trasie wymienialiśmy się w przystawaniu i umieraniu. Raz my wymijaliśmy ekipę Kasi, raz oni nas. Tak to już jest jak ludzie z nizin postanowią iść pod górkę. Chcieliśmy zobaczyć też trochę wody, stąd zahaczyliśmy o Mały Staw. Normalnie poszlibyśmy na Śnieżkę, ale granice polsko-czeskie są zamknięte to też wiele szlaków pozostało niedostępnych dla turystów a chodzenia na przełaj po Parku Narodowym raz, że niebezpieczne a dwa zakazane.

Droga powrotna była pełniejsza w ciekawe punkty przystankowe i widokowe. Postanowiliśmy nie wracać tą samą trasą. Polecono nam zejście szlakiem niebieskim, po przejściu koziego mostku, i minięciu Polany KPN uznaliśmy że ten trakt jest trochę zbyt zatłoczony i nudny. Trasa była tak łagodna, że szły tamtędy rodziny z dziećmi w wózkach… Zboczyliśmy więc na szlak zielony trafiając na Dolinę Pląsawy kierując się na Dzikie Wodospady.

Loki radził sobie świetnie. Jak zwykle idąc pod górkę wielokrotnie spoglądał w dół dając mi do zrozumienia, że logicznie byłoby jednak iść w dół, bo pod górkę jest za ciężko. Wiadomo, psy robią tylko to co się opłaca. Najbardziej opłaca się biegać po polu a nie wbiegać pod stromą górę! Jednak czego się nie robi dla swoich ludzi, dał radę.

Najważniejsze są oczywiście przystanki. Zarówno te w trakcie chodzenia, podczas których pamiętamy o dostępie do wody. Jeśli jest taka możliwość by psiak się schłodził bezpiecznie w strumieniu to warto mu na to pozwolić. Dłuższy postój mieliśmy też na ławeczkach Strzechy Akademickiej.

Po powrocie, a łącznie przeszliśmy 10 km, zamówiliśmy obiad z dowozem do hotelu, psiak dostał miskę świeżej wody oraz karmę. Po godzinie, może troszkę dłużej poszliśmy dalej w teren a psiak został w pokoju hotelowym.  Pamiętajcie, że psy spędzają dziennie około 15 godzin na sen (nawet jeśli jest to czuwanie ten czas jest bardzo ważny). 

Wróciliśmy po kilku godzinach, zwiedziliśmy dokładnie pobliskie miasto, wypiliśmy pyszną malinóweczkę, posiedzieliśmy w parku… 

Wróciliśmy zanim zrobiło się chłodniej, Loki poszedł na ostatni krótki spacer- jak nigdy niespecjalnie mu się chciało podnosić. Niedziela to dzień powrotu. Ot szybki wypadzik w góry. Po śniadaniu ruszyliśmy do domu. Większość trasy Loki albo leżał spokojnie na kanapie albo spoglądał w okno. Mieliśmy jeden przystanek na stacji benzynowej. Wszystko poszło gładko.

Na pewno wrócimy jeszcze w polsko-czeskie Sudety kiedy tylko będzie możliwe swobodne chodzenie po większej ilości tras.

Podsumowując Drodzy Psiarze,  Sudety Zachodnie polecamy. Można znaleźć tu różne trasy, na różne poziomy kondycji (na jej brak również). I co najważniejsze, można znaleźć kwatery blisko gór na weekend zamykając się w 250 pln dla dwóch osób i psa.

Oczywiście, kwestia znalezienia odpowiedniej oferty i zarezerwowania odpowiednio szybko.

Dla porównania z tego co wiem Bieszczady już nie są tak dostępne. Niektórzy rezerwują miejsca z kilku miesięcznym a nawet rocznym wyprzedzeniem woląc stracić zadatek niż miejscówkę. Cóż… Sami wybierzcie kierunek, najważniejsze to dobrze się bawić i odpocząć na świeżym powietrzu.